Zimny, racjonalny osąd w ocenie wydarzeń historycznych, czy politycznych jest czymś, czym zapewne zawsze chciałoby kierować się wielu komentatorów, publicystów czy historyków. Zwłaszcza tych, którzy w jakiś sposób utożsamiają się z myślą konserwatywną, powstałą przecież w opozycji do spuścizny rewolucji francuskiej i szeroko rozumianej myśli wywrotowej.

Jednak przy okazji kolejnych rocznic wybuchu Powstania Warszawskiego wielu spośród nich daje się ponieść emocjom. Wielu spośród nich dopuszcza do siebie myśl, iż decyzja o wybuchu Powstania była błędem, jednocześnie nie mogąc zdobyć się na wyrazy potępienia dla tych, którzy ten błąd popełnili.

Częstokroć wręcz bije z nich duma, wywołana własną niekonsekwencją, tj. krytyką romantyzmu, bogoojczyźnianego mistycyzmu, czy przenoszenia pewnych mickiewiczowskich wizji na grunt polityczny, połączona z silnym związaniem z tradycją Powstania Warszawskiego.

Dla konsekwentnego politycznego realisty podobna postawa jest niezwykle łatwym obiektem krytyki. Jako warszawiak, emocjonalnie związany z młodzieżą, która 64 lata temu podjęła walkę ze złem krwawego totalitaryzmu zapewne nie jestem właściwą osobą, mogącą pisać o Powstaniu Warszawskim. Jednakże, wobec faktu, iż Powstanie Warszawskie należy do historii stosunkowo niedawnej, historii, z którą bezpośredni związek czuje mnóstwo wciąż żyjących ludzi, powstaje pytanie, czy takie właściwe osoby, mogące w oderwaniu od politycznych idei, czy historycznych wspomnień, w ogóle istnieją.

Mimo iż mój stosunek do tradycji Powstania Warszawskiego jest taki, jak go powyżej nakreśliłem, postaram się samą decyzję o jego wybuchu zracjonalizować. Uczynię tak jednak, ponieważ uważam, że powszechna fascynacja tradycją Powstania Warszawskiego jest mimo wszystko zanadto skażona podejściem irracjonalnym. Że w odpowiedzi na argument o mieście, po którym pozostały gruzy, o tysiącach zabitych zbyt często apologeci Powstania wspominają idyllicznie obrazy młodych, idących do walki chłopców, zamiast przynajmniej spróbować podjąć dyskusję na gruncie racjonalnych argumentów. Uczynię tak, choć nie wiem, czy racjonalizowanie czegoś, co postrzegam czysto emocjonalnie jest posunięciem właściwym.

Z pewnością obraz Powstania Warszawskiego to nie widok uśmiechniętych młodych chłopców, z chęcią stających do walki. Jednak Powstanie Warszawskie to też nie zbrodnia, za którą należałoby sądzić jego przywódców. Słowem – Powstanie Warszawskie wymyka się schematom, w które chcieliby je wpleść dyskutujący ze sobą od lat szeroko rozumiani "niepodległościowcy" (tj. zwolennicy walki zbrojnej, myślący o szybkim rozprawieniu się z wrogiem, zaś każdą – nawet będącą elementem wyrafinowanego planu politycznego i przynoszącą określone profity – współpracę z nim traktujący, jako zbrodnię), czy "realiści" (tj. zwolennicy tworzenia koniunktury politycznej, ewolucyjnego zmierzania do poprawy sytuacji, wg własnych deklaracji – myślący nie o świecie rodem z marzeń, lecz o świecie, który realnie da się wywalczyć).

Negatywne skutki Powstania Warszawskiego były podobne do skutków wielu podobnych walk z nieporównywalnie silniejszym wrogiem, tj. oznaczały ogromne straty w ludności i zamianę sporej części miasta w ruinę. Zapewne zdawkowe streszczenie negatywnych efektów tej walki, które zawarłem w powyższym zdaniu wielu "realistom" wyda się niesprawiedliwie rehabilitującym dowódców Powstania uproszczeniem. Trudno.

Ja nie chciałbym w tym tekście rozwodzić się nad "AK-owskimi zbrodniarzami,którzy narazili na niemal pewną śmierć tysiące łatwowiernych młodych ludzi" (opinia części przeciwników Powstania), podobnie, jak nie chciałbym delektować się opowieściami o młodzieży szczęśliwej, że może podjąć walkę z okupantem, zadowolonej, iż ma okazję poświęcić się i oddać życie dla Ojczyzny(opinia części zwolenników Powstania). Zarówno jedna, jak i druga postawa byłaby sprowadzaniem dyskusji do obrzucania się inwektywami. Czymś na wzór walki "zaplutych karłów reakcji" z "komunistycznymi propagandystami" (według określeń stron sporu).

Powstanie Warszawskie z pewnością było swoistą demonstracją siły przed ZSRR. W jakiś sposób powstrzymaliśmy czerwonoarmistów przed marszem na Zachód, w jakiś sposób pokazaliśmy się też, jako naród niepokorny, który nie przyjmie bez walki narzuconej władzy. Jan Nowak-Jeziorański stwierdził wprost, że być może dzięki tej walce Polska nie stała się 17 republiką radziecką, a jedynie krajem satelickim.